Stwierdziłam że przestanę cokolwiek sobie obiecywać, tym bardziej publicznie. Prawie rok upłynął od ostatniej notki. ;/
Ostatnio przewija się przez moje myśli pewien fragment.
"A potem wyciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim." Łk 5,11
Szczególne wrażenie wywarło na mnie słowo wszystko. Jak zaczynałam moją drogę z tzw chrześcijaństwem już bardziej na serio, byłam przekonana, że to jest banalne zostawić wszystko i pójść za Jezusem. Szczególnie ta pierwsza część zostawić wszystko, bo cóż ja wtedy miałam do stracenia? Ani przyjaciół (dopiero jedna prawdziwa przyjaźń się zaczynała) , ani wielkiej miłości, ani rewelacyjnego kontaktu z rodziną. Po prostu nic nie miałam do stracenia. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Wraz z upływem czasu jestem pełna podziwu dla apostołów, którzy zafascynowali się Jezusem i po skończonej pracy, nie żegnając się z nikim, dosłownie wyruszyli w świat tylko po to, by być przy Jezusie. To jest niesamowite. Czy my bylibyśmy w stanie zrobić tak jak oni? Myślimy, że przed całkowitą zmianą życia coś nas trzyma, powstrzymuje. Może rodzina, a może na złość nie chcemy ulec mocnym naciskom bliskich by coś zmienić w naszym życiu? Może boimy się, że przez to nasze marzenia, plany się nie zrealizują? że stracimy przyjaciół?Ja straciłam trochę znajomych, właśnie przez to. Nie odwrócili się wprost ode mnie, po prostu dostrzegłam przepaść dzielącą te dwa światy, których w żaden sposób nie da się połączyć i kontakt umarł śmiercią naturalną. Nawet jeśli ich widzę, kulturalnie zamienię parę zdań ale to już nigdy nic bliższego nie będzie. albo po prostu lękamy się, że po ludzku się pomylimy i nie będzie odwrotu? To wszystko normalne, ludzkie. Podobno im bardziej jest się na dnie tym łatwiej przyjąć Ewangelię bo nie ma się nic do stracenia, tonący chwyci się wszystkiego. A co z przeciętnymi ludźmi, będącymi w jako takiej sytuacji? Ewangelia to przede wszystkim zmiana. Zmiana na lepsze. Nawet jeżeli się straci znajomych, to zyska się nowych, a szczególnie Jednego, Boga - Króla Wszechświata. Dobrze jest mieć kontakty wśród wpływowych osób ;)
Szczególne wrażenie wywarło na mnie słowo wszystko. Jak zaczynałam moją drogę z tzw chrześcijaństwem już bardziej na serio, byłam przekonana, że to jest banalne zostawić wszystko i pójść za Jezusem. Szczególnie ta pierwsza część zostawić wszystko, bo cóż ja wtedy miałam do stracenia? Ani przyjaciół (dopiero jedna prawdziwa przyjaźń się zaczynała) , ani wielkiej miłości, ani rewelacyjnego kontaktu z rodziną. Po prostu nic nie miałam do stracenia. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Wraz z upływem czasu jestem pełna podziwu dla apostołów, którzy zafascynowali się Jezusem i po skończonej pracy, nie żegnając się z nikim, dosłownie wyruszyli w świat tylko po to, by być przy Jezusie. To jest niesamowite. Czy my bylibyśmy w stanie zrobić tak jak oni? Myślimy, że przed całkowitą zmianą życia coś nas trzyma, powstrzymuje. Może rodzina, a może na złość nie chcemy ulec mocnym naciskom bliskich by coś zmienić w naszym życiu? Może boimy się, że przez to nasze marzenia, plany się nie zrealizują? że stracimy przyjaciół?Ja straciłam trochę znajomych, właśnie przez to. Nie odwrócili się wprost ode mnie, po prostu dostrzegłam przepaść dzielącą te dwa światy, których w żaden sposób nie da się połączyć i kontakt umarł śmiercią naturalną. Nawet jeśli ich widzę, kulturalnie zamienię parę zdań ale to już nigdy nic bliższego nie będzie. albo po prostu lękamy się, że po ludzku się pomylimy i nie będzie odwrotu? To wszystko normalne, ludzkie. Podobno im bardziej jest się na dnie tym łatwiej przyjąć Ewangelię bo nie ma się nic do stracenia, tonący chwyci się wszystkiego. A co z przeciętnymi ludźmi, będącymi w jako takiej sytuacji? Ewangelia to przede wszystkim zmiana. Zmiana na lepsze. Nawet jeżeli się straci znajomych, to zyska się nowych, a szczególnie Jednego, Boga - Króla Wszechświata. Dobrze jest mieć kontakty wśród wpływowych osób ;)
Boban:
OdpowiedzUsuńWidzę, że w pewny momencie przechodzi się przez te same etapy w życiu :). Z tym, że ja na razie stwierdziłem, że nic nikomu już nie obiecam na 100%, a powoli dochodzę, że przestanę i samego siebie okłamywać^^. Co do dalszej części notki, może wynika to z tego, że obecnie większość ludzi chce mieć, nic nie dając od siebie. Przez co niewyobrażalne staje się zawierzenie Bogu, że to on może nam wszystko dać i pozostawienie swojego dotychczasowego życia. Myślę, że każdy z nas musi znaleźć się na zakręcie kolei swojego losu, żeby zauważyć możliwość zmiany poprzez Boga. Że jest on jedynym nieprzemijalnym źródłem radości, której nie dadzą największe skarby tej Ziemi. I to wcale nie musi być upadek na samo dno, a sytuacja, która natchnie do głębszych refleksji.
Dobry temat na notkę ;)
OdpowiedzUsuńMnie również zadziwia słowo "wszystko". To pokazuje jaką charyzmę miał ten człowiek i jak musiał być pewny siebie, jak pociągający. Na pewno, jakkolwiek to zabrzmi, był też niesamowicie atrakcyjnym mężczyzną dla kobiet, z takimi cechami charakteru, prawda? Dlatego trochę słabe jest często pokazywana w filmach ciapowatość Głównego Bohatera.
A co do znajomych... na fb masz dużo :P, ale gdyby Ci kiedyś brakowało to daj znać :)
Ta notka wraca do mnie w ostatnim czasie. Zmusza do myślenia. Dzięki :)
OdpowiedzUsuń45 years old Librarian Thomasina Siaskowski, hailing from Beamsville enjoys watching movies like Joe Strummer: The Future Is Unwritten and Shopping. Took a trip to Garden Kingdom of Dessau-Wörlitz and drives a Ferrari 275 GTB/C. Link do bloga
OdpowiedzUsuńradca prawny prawo budowlane rzeszow
OdpowiedzUsuń