środa, 21 grudnia 2011

11- Święta Bożego Narodzenia - Przygotowania

Już lada dzień Święta Bożego Narodzenia. Niektórzy już od 3 tygodni sprzątają, kupują prezenty, planują w najdrobniejszych szczegółach jak miałyby wyglądać tegoroczne święta Bożego Narodzenia. Przygotowania niosą za sobą więcej stresu, niż to jest warte. Po co się tak stresować? Czy istotą świąt jest wysprzątanie każdej szuflady? kupienie najoryginalniejszych prezentów dla bliskich?  Po co nam ta cała otoczka skoro w środku, w naszym wnętrzu można odnaleźć jedynie pustkę, bo zapomnieliśmy o istocie Świąt Bożego Narodzenia. Jesteśmy puści jak betonowy, monumentalny pomnik Jezusa w Świebodzinie. Nie chcę w żaden sposób sugerować, że ja w tej kwestii jestem kryształowa a inni są źli, puści itd. Też czasem  koncentruje się wyłącznie na oprawie: a to jak ubrać choinkę, opracowywanie z detalami w co się ubiorę, jak wiele rzeczy muszę zrobić by tegoroczne Święta Bożego Narodzenia były idealne.
Nie będą idealne. Ideałem byłoby poszukiwanie istoty tych świąt, czy ja zdaję sobie z tego sprawę, że świętuję ziemskie urodziny samego Boga? Jak od strony wewnętrznej się przygotowuję.


Dzisiaj w "Metrze" przeczytałam jak coraz więcej młodych ludzi przestaje zwyczajnie lubić święta, które kojarzą im się z obłudnym zachowaniem całej rodziny, z byciem na siłę. Rodziny żyją pod jednym dachem, ale mimo wszystko gdzieś obok siebie. Dobrze by było (poza przygotowaniem duchowym) w drugiej kolejności nastawić się na bycie z rodziną. Nie opowiadanie jak mi się świetnie żyje, skoro tak w rzeczywistości niekoniecznie jest. Przede wszystkim słuchać tego, co inni mają do powiedzenia, choćby to było śmiertelnie nudne. W pewien sposób to jest wyraz miłości ;) Bo jak my poczulibyśmy się gdybyśmy jak nakręceni opowiadali o swojej pasji np komputerach a stara ciotka rozmawiając z nami opowiadałaby cały czas o swoim ukochanym piesku nie odnosząc się w zupełności do tego, co my sami mówimy? W takich sytuacjach albo unikamy na przyszłość kontaktów z taką osobą albo załącza się w nas mały agresor.
Pomyślmy o tych dwóch sprawach by choć trochę być bliższymi ideału ;) O przygotowaniu duchowym i o wyrozumiałości dla jakże często pokręconej rodziny ;) A cała otoczka niech będzie sprawą mało istotną :)

czwartek, 1 września 2011

10- Decyzje.

Nastąpiła mała przerwa w pisaniu. Brak weny a jak już się pojawiała to milion rzeczy było ważniejszych niż owa inspiracja :) ach.. Ciężko jest być artystą w dzisiejszych czasach ;p
Dzisiaj będzie o szeroko pojętych decyzjach, tych życiowych i tych bardziej codziennych.
Bez dłuższego, starannego przemyślenia możemy być pewnymi bohaterami demotywatora, który dziś przykuł moją uwagę.
"Dlaczego zawsze mając wybór dokonujemy najgorszych decyzji z przekonaniem, że lepiej postanowić nie można."
Bardzo znane jest określenie "wybieram mniejsze zło". Według mnie zawsze pośród miliona opcji, tych dla nas złych możliwości zawsze znajdzie się ta dobra. Początkowo wszystko nam się wydaje złe i w którąkolwiek byśmy nie poszli napotykamy ścianę, na coś czego nie jesteśmy w stanie zaakceptować. Pytanie na ile jesteśmy stanie wyjść z siebie, swojego JA szczelnie odgrodzonego od wszelkich niedogodności, unikające trudności, przeszkód. Gdy pojawiają się przeszkody często uważamy, że już nic nie jesteśmy w stanie zrobić, sytuacja bez wyjścia i się zwyczajnie poddajemy. Szukajmy dobrych rozwiązań, nie dla nas samych, ale tak obiektywnie. Trzeba niezłego wstrząsu by stanąć obok całej sytuacji, jakby to nie było nasze życie. Często wstrząsu doznajemy mocno się zdarzając ze ścianą, murem obojętności. Ktoś czasem nas musi puknąć w ten głupi łeb, który jest skołowany zbyt dużą ilością informacji, a przede wszystkim emocji. Nie da rady nie angażować się emocjonalnie w sprawy, które nas mocno dotyczą i obchodzą.
W głębi duszy wiemy, która decyzja jest właściwa. Oglądałam dziś "Chirurgów". Jedna z lekarek ma czerniaka z przerzutami, guza w mózgu. Miała do wyboru: terapię lekami, które nie dają żadnej gwarancji albo czekać na śmierć albo poddać się operacji która może ją uratować lub sprawić, że będzie warzywem. Zgodziła się na operację. Podjęła już decyzję wcześniej, gdy postanowiła walczyć z chorobą z całych sił. Kiedy stajemy przed ważnym wyborem, spójrzmy wstecz... przeanalizujmy nasze wcześniejsze działanie, może już wtedy podjęliśmy decyzję dotyczącą naszych dzisiejszych wyborów. Wtedy nasz dzisiejszy wybór staje się naturalną konsekwencją wcześniejszych, które możemy na chłodno ocenić, dzięki perspektywie czasu.
Odwagi! :) dziś rozwiązała się moja rodzinna sprawa, gdzie wydawało się, że nic nie da się zrobić. Teraz wystarczy odrobina dobrej woli osób zainteresowanych (a o to nietrudno) i będzie bajka! :)
(Jezus) rzekł do Szymona: „Wypłyń na głębie i zarzuć sieci na połów”.
A Szymon odpowiedział: „Mistrzu, całą noc pracowaliśmy i niceśmy nie ułowili. Lecz na Twoje słowo zarzucę sieci”.
Nie bójmy się odważnych decyzji, jeśli wiemy, że są w pełni dobre i nie pełnią rolę "mniejszego zła". Zło zawsze jest złem. Koniec kropka. ;)

wtorek, 23 sierpnia 2011

9 - Fiodor Dostojewski

Pomyślałam sobie, że w tytułach umieszczę kim/czym się danego dnia inspiruję, by nie zaczynać każdej notki od "dziś zainspirowało mnie... ".
 

Braku Boga nie sposób zastąpić miłością do ludzkości, albowiem człowiek natychmiast zapyta: dlaczego mam kochać ludzkość?
— Fiodor Dostojewski
 

Te słowa nasuwają mi się, gdy słyszę ludzi, którzy uważają, że: "grunt to być dobrym człowiekiem". Przepraszam, ale szlag mnie trafia jak to słyszę. Ludziom się zdarza być dobrymi, im się to zdarza. Bo czym jest Dobro, Miłość? Jest to sam Bóg. Jak być bez Boga dobrym?

Dlaczego mam kochać ludzkość?
Zaznaczam, że to jest moja prywatna odpowiedź. ;) Kocham ludzkość, bo kocha ją Bóg, który mnie umiłował ponad wszystko. Chce się zbliżać do Niego m.in. przez kochanie innych. On dał swojego Jedynego Syna za mnie, za mnie konkretnie.. Dla mnie to jest tak niesamowite, że jak już to wiem to nie mam innej możliwości niż ta by Go kochać na maksa, całą sobą.
Chciałabym, by każdy z czytających może ponownie, a może po raz pierwszy w życiu uświadomił sobie Wielką Bożą Miłość, która ze wszystkich stron nas ogarnia, mówi do nas przez ludzi, przez piękną przyrodę, czy też bezpośrednio w ciszy naszych pokoi. :)

sobota, 20 sierpnia 2011

8

Dziś inspiracją dla mnie jest jeden demotywator. Zawarty jest w nim bardzo trafna myśl "Raz na jakiś czas w naszym życiu pojawiają się ludzie, po których musimy sprzątać latami".
Często nikt oprócz nas samych nie wie jak wielki to był bałagan, że jakikolwiek bałagan powstał. Jestem skłonna stwierdzić, że są ludzie po których nie da się raz na zawsze posprzątać. Zawsze jakieś kłębki kurzu zostają, wtedy zamiatamy je pod dywan. Wychodzą one w najmniej oczekiwanych i najmniej stosownych momentach. Zdarzają się nam (a przynajmniej mi) pragnienia by ten bałagan powrócił, by te osoby, by Ci dawni przyjaciele, dawne uczucia powróciły. Mimo całego wyrządzonego sobie zła, manipulowania, wzajemnych nieporozumień chciałoby się poprosić złotą rybkę, by spełniła to jedno życzenie, by w tej sprawie było tak jak dawniej. Niestety nic nie będzie jak dawniej, wszystko się zmienia w zatrważającym tempie, ucieka.. Trzeba żyć dalej, czerpać jak najwięcej z tych przeróżnych często bolesnych doświadczeń. I chyba modlić się by osoby potrafiące w ciągu minuty przewrócić nam życie do góry nogami więcej w naszym życiu nie mieszały, nie pojawiały się, bo już samą swoją obecnością potrafią nieźle namieszać.
Życzę wszystkim spokoju ducha i umiejętności zachowania zimnej krwi na wypadek powrotu duchów przeszłości ;)

piątek, 19 sierpnia 2011

7

Dziś zainspiruję się fragmentem dzisiejszego czytania z Mszy Świętej. Na początku nakreślę krótko sytuację z z dzisiejszego pierwszego czytania, na którym się oprę. Noemi straciła dwóch synów. Każdy z nich pozostawił po sobie żonę - były one Moabitkami, cudzoziemkami; Orpa i Rut. Orpa wróciła do swojej rodziny, natomiast Rut została przy Noemi. Wypowiedziała ona niesamowite słowa pełne miłości:„Nie nalegaj na mnie, abym opuściła ciebie i abym odeszła od ciebie, gdyż gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę, gdzie ty zamieszkasz, tam ja zamieszkam, twój naród będzie moim narodem, a twój Bóg będzie moim Bogiem”.
Jak się zakończyła ich historia? Polecam przeczytanie księgi Rut.
W tym fragmencie zwróciło moją uwagę to pełne zaufanie i oddanie drugiemu człowiekowi. Wyżej przytoczone słowa mogłyby posłużyć za dobry element przysięgi małżeńskiej. Pełne zaufanie, oddanie, jedność. "gdzie ty pójdziesz, tam ja pójdę" Pomyślmy jak w naszym współczesnym świecie jest to realizowane. Wielu ludzi, przyjaciół czy też par chce iść razem przez życie, lecz w praktyce jakże często bywa że każdy chce iść w swoim kierunku, po swojemu. Liczymy na postawę drugiej strony, że to ona będzie się dla nas poświęcać. Nie przechodzi nam przez myśl, żebyśmy my cokolwiek poświęcali. Druga strona też może się nie chcieć poświęcać i koło się zamyka. Tak wiele rzeczy wokół nas jest nietrwałych, bo jesteśmy nastawieni na siebie, na branie. Przytoczę tu chyba najpiękniejszą definicję miłości, którą poznałam w Ruchu Światło-Życie. 
Miłość polega na posiadaniu siebie w dawaniu siebie. 
Te zdanie można rozważać godzinami- do czego zachęcam ;)  Im bardziej komuś dajesz z siebie co najlepsze: czas, swoje talenty, wsparcie, przyjaźń itd. nie oczekując niczego w zamian , tym bardziej posiadasz siebie, wiesz kim jesteś. Dobro i szczęście są jedynymi rzeczami, którymi dzieląc się z innymi jednocześnie je mnożysz.
Życzę Wam (sobie samej też ;) )  odkrywania samego siebie w dawaniu siebie innym! :)

środa, 17 sierpnia 2011

6

Ucieczka nie jest rozwiązaniem. To zdanie przychodzi mi coraz częściej do głowy po powrocie z moich 15dniowych rekolekcji ONŻ 3 stopnia. Tak, tak, najwyższy level choć im bardziej w to się zagłębiam, tym szersze pokłady niewiedzy odkrywam w sobie.
Wracając do głównej myśli. Przez te dni uświadomiłam sobie wiele spraw m.in. to, gdy w naszym życiu robi się bardzo źle, że pozornie nic nie da się zmienić, uratować.. to nie można się poddawać przenigdy. W tej całej naszej walce o przeróżne rzeczy: o przyjaźń, o miłość, o niezatracenie poczucia własnej wartości, w tym nie jesteśmy sami. Szukajmy w nas pokładów siły, choćby nie wiem jak bylibyśmy wyczerpani. Licząc jedynie na własne siły -przegramy. Na kogo najlepiej liczyć? Na Boga. Wiem, że niektórym to wydaje się po prostu śmieszne. że co niby Bóg ma do mojego chronicznego zmęczenia i innych problemów? Dla mnie On jest tak niesamowitym źródłem mocy, z którego raz korzystając będziemy chcieli korzystać zawsze.. takie pozytywnie uzależniające źródło miłości i szczęścia, które znajdziemy w Jego obecności. Konkretne rady znajdujące się w Jego Słowie.
Nie mówię tego, jako hura optymistka, której wszystko się dobrze układa, bo tak nie jest. Boję się o swoje zdrowie, o przyszłość relacji z różnymi ludźmi. Może się trochę zmienić. Nie będę już mogła pływać swoim ulubionym stylem-żabką a uwielbiam pływać. Teraz siedzę i się ze stresu trzęsę, ale wiem że z tego cholernego poplątania musi być jakieś wyjście, że Bóg mi pomoże jeśli mu zaufam. Wiem, że tak będzie mimo, że w tej chwili tego nie czuję. Nie muszę tego czuć. Bóg nie jest jakimś zapachem, by go czuć;)

środa, 27 lipca 2011

5

Dzisiaj oprę się na fragmencie z dzisiejszego czytania. Będzie to fragment z księgi Wyjścia, notabene jednej z moich ulubionych ksiąg Starego Testamentu obok księgi Estery i księgi Jeremiasza. 
"Gdy Mojżesz zstępował z góry Synaj z dwiema tablicami Świadectwa w ręku, nie wiedział, że skóra na jego twarzy promieniała na skutek rozmowy z Panem. Gdy Aaron i synowie Izraela zobaczyli Mojżesza z dala i ujrzeli, że skóra na jego twarzy promienieje, bali się zbliżyć do niego." Wj 34,29
Wiemy wszyscy o jakie tablice chodziło, tablice z Dekalogiem. Pragnę jednak skupić się nad osobą Mojżesza po spotkaniu z Bogiem. Został przez niego wybrany, wyróżniony. Zwykły człowiek, który uwierzył bezgranicznie Bogu. Jąkający się Żyd, który stał się przewodnikiem dla ludu Izraelskiego w drodze do wolności, do Kanaanu. Jego twarz promieniała, jaśniała. Jakże często widziałam czy to moich znajomych czy ludzi starszych ot np moją babcię, która właśnie spotkała się z Bogiem w Kościele. Ta radość i serdeczność biła z jej twarzy. Mojżesza promieniejąca twarz przerażała Aarona i innych Izraelitów. Lęk przed czymś niepojętym, nieznanym. Bóg jest właśnie tak niesamowity, że każde nasze spotkanie z Nim powinno się tak kończyć jak te z Mojżeszem tysiące lat temu. Nasza twarz ma promienieć miłością Boga. Bardzo prosto można to zrobić, taki skromny początek. Zacznijmy się uśmiechać do innych, nie tylko znajomych ;) potem przejdźmy do czynów. :) Obecnie większość ludzi nudzi Kościół, Msza Święta, nabożeństwa. Wynika to z nieświadomości, że oni tak blisko spotykają się wtedy z Bogiem jak Mojżesz na pustyni tysiące lat temu. Może to dziwnie zabrzmi, ale idąc na Mszę idziemy na randkę z Bogiem. Spotykamy się z jego miłością, On mówi do nas. Zwracamy uwagi na wiele rzeczy na oprawę muzyczną, na ubiór innych ludzi, na to czy ksiądz jest czerwony na twarzy, zastanawiamy się czy nie popił sobie dzień wcześniej. Myślimy o milionach spraw tylko nie o Tym dla którego przychodzimy. Początkowo skupić jest się trudno, ale trzeba próbować. Trening czyni mistrza ;)
Myśląc o blasku bijącym od twarzy Mojżesza przypomina mi się dzisiejsza sytuacja z kościoła św. Anny. Ludzie stojący w kolejce do spowiedzi byli poddenerwowani, że ktoś po chamsku zajął ich miejsce w kolejce, że może nie zdążą, że ksiądz ich ochrzani itp. a od konfesjonału odchodzili radośni uśmiechnięci, biła od nich radość, przebaczająca miłość Boga. Jakby po meczu piłki błotnej przyszli pod prysznic i wyszli z niego czyści i pachnący. Do tego bym porównywała wyznawanie grzechów Bogu, do Bożego prysznica, wodą jest Jego łaska. 
Zachęcam również do bycia Bożą lampą dla innych, świećmy Jego światłem miłości.
"Nie zapala się też lampy po to, by ją schować pod korcem. Przeciwnie, umieszcza się ją na świeczniku, aby dawała światło tym wszystkim, którzy są w domu." Mt 5,15

wtorek, 26 lipca 2011

4

Stwierdziłam że przestanę cokolwiek sobie obiecywać, tym bardziej publicznie. Prawie rok upłynął od ostatniej notki. ;/
Ostatnio przewija się przez moje myśli pewien fragment.
"A potem wyciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim." Łk 5,11
Szczególne wrażenie wywarło na mnie słowo wszystko. Jak zaczynałam moją drogę z tzw chrześcijaństwem już bardziej na serio, byłam przekonana, że to jest banalne zostawić wszystko i pójść za Jezusem. Szczególnie ta pierwsza część zostawić wszystko, bo cóż ja wtedy miałam do stracenia? Ani przyjaciół (dopiero jedna prawdziwa przyjaźń się zaczynała) , ani wielkiej miłości, ani rewelacyjnego kontaktu z rodziną. Po prostu nic nie miałam do stracenia. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Wraz z upływem czasu jestem pełna podziwu dla apostołów, którzy zafascynowali się Jezusem i po skończonej pracy,  nie żegnając się z nikim, dosłownie wyruszyli w świat tylko po to, by być przy Jezusie. To jest niesamowite. Czy my bylibyśmy w stanie zrobić tak jak oni? Myślimy, że przed całkowitą zmianą życia coś nas trzyma, powstrzymuje. Może rodzina, a może na złość nie chcemy ulec mocnym naciskom bliskich by coś zmienić w naszym życiu? Może boimy się, że przez to nasze marzenia, plany się nie zrealizują? że stracimy przyjaciół?
Ja straciłam trochę znajomych, właśnie przez to. Nie odwrócili się wprost ode mnie, po prostu dostrzegłam przepaść dzielącą te dwa światy, których w żaden sposób nie da się połączyć i kontakt umarł śmiercią naturalną. Nawet jeśli ich widzę, kulturalnie zamienię parę zdań ale to już nigdy nic bliższego nie będzie. albo po prostu lękamy się,  że po ludzku się pomylimy i nie będzie odwrotu? To wszystko normalne, ludzkie. Podobno im bardziej jest się na dnie tym łatwiej przyjąć Ewangelię bo nie ma się nic do stracenia, tonący chwyci się wszystkiego. A co z przeciętnymi ludźmi, będącymi w jako takiej sytuacji? Ewangelia to przede wszystkim zmiana. Zmiana na lepsze. Nawet jeżeli się straci znajomych, to zyska się nowych, a szczególnie Jednego, Boga - Króla Wszechświata. Dobrze jest mieć kontakty wśród wpływowych osób ;)