środa, 27 lipca 2011

5

Dzisiaj oprę się na fragmencie z dzisiejszego czytania. Będzie to fragment z księgi Wyjścia, notabene jednej z moich ulubionych ksiąg Starego Testamentu obok księgi Estery i księgi Jeremiasza. 
"Gdy Mojżesz zstępował z góry Synaj z dwiema tablicami Świadectwa w ręku, nie wiedział, że skóra na jego twarzy promieniała na skutek rozmowy z Panem. Gdy Aaron i synowie Izraela zobaczyli Mojżesza z dala i ujrzeli, że skóra na jego twarzy promienieje, bali się zbliżyć do niego." Wj 34,29
Wiemy wszyscy o jakie tablice chodziło, tablice z Dekalogiem. Pragnę jednak skupić się nad osobą Mojżesza po spotkaniu z Bogiem. Został przez niego wybrany, wyróżniony. Zwykły człowiek, który uwierzył bezgranicznie Bogu. Jąkający się Żyd, który stał się przewodnikiem dla ludu Izraelskiego w drodze do wolności, do Kanaanu. Jego twarz promieniała, jaśniała. Jakże często widziałam czy to moich znajomych czy ludzi starszych ot np moją babcię, która właśnie spotkała się z Bogiem w Kościele. Ta radość i serdeczność biła z jej twarzy. Mojżesza promieniejąca twarz przerażała Aarona i innych Izraelitów. Lęk przed czymś niepojętym, nieznanym. Bóg jest właśnie tak niesamowity, że każde nasze spotkanie z Nim powinno się tak kończyć jak te z Mojżeszem tysiące lat temu. Nasza twarz ma promienieć miłością Boga. Bardzo prosto można to zrobić, taki skromny początek. Zacznijmy się uśmiechać do innych, nie tylko znajomych ;) potem przejdźmy do czynów. :) Obecnie większość ludzi nudzi Kościół, Msza Święta, nabożeństwa. Wynika to z nieświadomości, że oni tak blisko spotykają się wtedy z Bogiem jak Mojżesz na pustyni tysiące lat temu. Może to dziwnie zabrzmi, ale idąc na Mszę idziemy na randkę z Bogiem. Spotykamy się z jego miłością, On mówi do nas. Zwracamy uwagi na wiele rzeczy na oprawę muzyczną, na ubiór innych ludzi, na to czy ksiądz jest czerwony na twarzy, zastanawiamy się czy nie popił sobie dzień wcześniej. Myślimy o milionach spraw tylko nie o Tym dla którego przychodzimy. Początkowo skupić jest się trudno, ale trzeba próbować. Trening czyni mistrza ;)
Myśląc o blasku bijącym od twarzy Mojżesza przypomina mi się dzisiejsza sytuacja z kościoła św. Anny. Ludzie stojący w kolejce do spowiedzi byli poddenerwowani, że ktoś po chamsku zajął ich miejsce w kolejce, że może nie zdążą, że ksiądz ich ochrzani itp. a od konfesjonału odchodzili radośni uśmiechnięci, biła od nich radość, przebaczająca miłość Boga. Jakby po meczu piłki błotnej przyszli pod prysznic i wyszli z niego czyści i pachnący. Do tego bym porównywała wyznawanie grzechów Bogu, do Bożego prysznica, wodą jest Jego łaska. 
Zachęcam również do bycia Bożą lampą dla innych, świećmy Jego światłem miłości.
"Nie zapala się też lampy po to, by ją schować pod korcem. Przeciwnie, umieszcza się ją na świeczniku, aby dawała światło tym wszystkim, którzy są w domu." Mt 5,15

wtorek, 26 lipca 2011

4

Stwierdziłam że przestanę cokolwiek sobie obiecywać, tym bardziej publicznie. Prawie rok upłynął od ostatniej notki. ;/
Ostatnio przewija się przez moje myśli pewien fragment.
"A potem wyciągnąwszy łodzie na ląd, zostawili wszystko i poszli za Nim." Łk 5,11
Szczególne wrażenie wywarło na mnie słowo wszystko. Jak zaczynałam moją drogę z tzw chrześcijaństwem już bardziej na serio, byłam przekonana, że to jest banalne zostawić wszystko i pójść za Jezusem. Szczególnie ta pierwsza część zostawić wszystko, bo cóż ja wtedy miałam do stracenia? Ani przyjaciół (dopiero jedna prawdziwa przyjaźń się zaczynała) , ani wielkiej miłości, ani rewelacyjnego kontaktu z rodziną. Po prostu nic nie miałam do stracenia. Teraz jednak wszystko się zmieniło. Wraz z upływem czasu jestem pełna podziwu dla apostołów, którzy zafascynowali się Jezusem i po skończonej pracy,  nie żegnając się z nikim, dosłownie wyruszyli w świat tylko po to, by być przy Jezusie. To jest niesamowite. Czy my bylibyśmy w stanie zrobić tak jak oni? Myślimy, że przed całkowitą zmianą życia coś nas trzyma, powstrzymuje. Może rodzina, a może na złość nie chcemy ulec mocnym naciskom bliskich by coś zmienić w naszym życiu? Może boimy się, że przez to nasze marzenia, plany się nie zrealizują? że stracimy przyjaciół?
Ja straciłam trochę znajomych, właśnie przez to. Nie odwrócili się wprost ode mnie, po prostu dostrzegłam przepaść dzielącą te dwa światy, których w żaden sposób nie da się połączyć i kontakt umarł śmiercią naturalną. Nawet jeśli ich widzę, kulturalnie zamienię parę zdań ale to już nigdy nic bliższego nie będzie. albo po prostu lękamy się,  że po ludzku się pomylimy i nie będzie odwrotu? To wszystko normalne, ludzkie. Podobno im bardziej jest się na dnie tym łatwiej przyjąć Ewangelię bo nie ma się nic do stracenia, tonący chwyci się wszystkiego. A co z przeciętnymi ludźmi, będącymi w jako takiej sytuacji? Ewangelia to przede wszystkim zmiana. Zmiana na lepsze. Nawet jeżeli się straci znajomych, to zyska się nowych, a szczególnie Jednego, Boga - Króla Wszechświata. Dobrze jest mieć kontakty wśród wpływowych osób ;)